
Poranek na Atlantyku
Lipiec 1776 roku. Francuski okręt, który wiosną wyruszył z portu w Hawrze, zbliża się wreszcie do celu swej podróży – wybrzeży Ameryki. Drogę do upragnionej Filadelfii blokują jednak wrogie wojska brytyjskie; okręt obiera więc kurs na karaibską wyspę Martynikę – kolonię Francji.
Czytają:
Anna Nguyen (Narratorka)
Jakub Dębski (Narrator)
Patryk Jędrasiak (Wściekły Żeglarz)
Muzyka: Aleksandra Szypowska
Perkusja: Szymon Kansy
Przez okrągłe okienka wsączył się niepewnie
wątły słońca obłoczek i rozpełzł po drewnie.
Nieśmiały, jak speszony gość z krain dalekich,
zabłąkał się i śpiącym wniknął pod powieki,
tam zaigrał, rozbłysnął, rozmył senne cienie
i, lekko jak wiatr w polu, przywiał przebudzenie.
Więc już ranek! Żeglarze otarli sny z czoła,
pozbierali się z posłań i siedli przy stołach.
I już skrzy palenisko, talerze szczękają,
a do góry snujące się wstęgi wzbijają
oparów czarnej kawy – bożka wczesnych godzin,
który ból obudzenia łaskawie łagodzi,
gdy przelewa się dźwięcznie w gardła filiżanek,
i wypełnia zapachem wschodzący poranek.
Wreszcie okręt jest gotów wypłynąć w dzień nowy.
Myśl się ze snu otrząsa, ruszają rozmowy,
rozplątuje się język po gorzkim wywarze –
– tak po nocy wracają do życia żeglarze.
Ale tego poranka w powietrzu coś wisi.
Kilku gniewnie coś mówi, a inni, choć cisi
przytakują im wściekle. Ktoś przekleństw wór miota,
że „Kapitan tchórz zwykły, a sternik idiota.
Wczoraj mieli być w porcie! A tutaj nic z tego,
bo kapitan kurs zmienił z nagła, a dlaczego?
Bo zobaczył w oddali brytolskie bandery
i już zaraz ucieka! Co jest, do cholery?
Co, że Anglik zagraża? Odwagi choć trochę!
Jak chce Angol nas ścigać, walmy w niego prochem!”
Podniósł się zgodny pomruk. Mają dość podróży,
a tu morze ich trzyma o cały dzień dłużej.
Poemat Kościuszkowski, Księga I, 73-102.