
Plaża
Lipiec 1776 roku. Uratowany z katastrofy morskiej, Tadeusz własnymi siłami dociera do brzegów karaibskiej wyspy Martyniki. Za kilka dni wyruszy stąd do Filadelfii, gdzie rozpocznie się jego służba w armii amerykańskiej Jerzego Waszyngtona.
Czytają:
Anna Nguyen (Narratorka)
Jakub Dębski (Narrator)
Maksymilian Wilkowicki (Tadeusz)
Muzyka: Aleksandra Szypowska
Perkusja: Szymon Kansy
W utworze wykorzystano sample z Sonaty, op. 9 K. Szymanowskiego w wykonaniu M. Gozdeckiej i R. Szredera (1971).
To nie trwało już długo. Smagany falami,
Tadeusz wreszcie wyczuł ziemię pod stopami.
Nie mógł ustać, raz padał, raz znów brnął do góry
– aż wyplątał się z wody, jakby zrzucał sznury.
Padł ciężko, wykończony po tej długiej walce,
legł na plecach półżywy, a swe drżące palce
wbił w piasek i rozchylił usta posiniałe.
Czasem tylko dreszcz krótki wstrząsał jego ciałem,
kiedy leżał tak długo i, mimo że parzył
go upał i czas mijał, to nie zauważył
że słońce, które wcześniej widział w barwach świtu
zdążyło w międzyczasie wspiąć się do zenitu.
A gdy się wreszcie podniósł i spojrzał przed siebie,
zobaczył białe plaże, klucz ptaków na niebie,
i gęstą ścianę lasu – kaskady zieleni,
nowe drzewa i kształty, tysiące odcieni
nieznanych, jakby wziętych z rajskiego ogrodu
– lecz nagle poczuł w sercu ostry sopel lodu.
Pochwycił się kieszeni w głąb koszuli wszytej,
i rozdarł szew, co chronił skarby w niej ukryte.
Przez chwilę mgiełką strachu oczy się oblokły,
ale zaraz odetchnął: listy — są, zamokły,
atrament poblakł, wszędzie plamy i odpryski,
lecz stoi najważniejsze: „Adam Czartoryski”,
podpis, uszanowania. Jest pieczęć książęca.
A pod listem znalazła się chustka dziewczęca,
słona cała od wody. Lecz nic w tym nowego!
już ta chustka nawykła do morza słonego,
pijąc łzy z udręczonych oczu Tadeusza.
On wygładza ją w palcach i znowu w nim rusza
wspomnienie, wielka fala godząca boleśnie,
ścigająca go stale, na jawie i we śnie.
„Przebóg!” — mówi do siebie. — „Wolę ja co rano
dać się morzu turbować pośród huraganu,
niż huragan ten w sercu przeżywać od nowa.
I już nic nie chcę mówić. W ustach więzną słowa!”
Więc posyła wzrok w niebo, na słońce, na chmury,
po czym wolno się z kolan podnosi do góry.
Jednak jeszcze nie zginął! Nie zmyły go fale.
Przebył tak długą drogę — może więc iść dalej.
Poemat Kościuszkowski, Księga I, 339-368.