
Katastrofa
Lipiec 1776 roku. Okręt, którym płynie Tadeusz, rozbija się u brzegów karaibskiej wyspy Martyniki, wówczas francuskiej kolonii. Czy winny temu był nagły tropikalny sztorm, czy ostre, przybrzeżne skały? Nie ma pewności.
Czytają:
Anna Nguyen (Narratorka)
Jakub Dębski (Narrator)
Muzyka: Aleksandra Szypowska
Perkusja: Szymon Kansy
Poderwali się wszyscy: wyjść stąd szybko trzeba!
Lecz wtem horyzont z nagła stał się osią nieba.
Zgiełk, trzask tłuczonych naczyń, wielkie przemieszczenie:
posadzka jest już ścianą, a ściana sklepieniem.
Statek leży na boku i trzeszczy boleśnie!
Tadeusz patrzy wokół: tych, co chwilę wcześniej
podpierali go czule i rumem poili,
jakiś demon opętał! W jednej, krótkiej chwili
przemieniają się twarze, włosy dęba stają
oczy mglą się obłędem i zęby błyskają.
Jak psy chcą gryźć się! Kurzu wzbijają się kłęby;
wyzierają z tumanów wykręcone gęby,
a zgiełk niby karnawał — wycie, krzyki, wrzaski —
— bo oto w jednej chwili wszystkim spadły maski.
Tadeusz nie dowierza i szybciej oddycha:
Tu jeden brnie do wyjścia, inny go odpycha,
gdzie indziej jeszcze trzeci plądruje z pośpiechem
dobytek współpodróżnych, z szalonym uśmiechem
ładując do kieszeni, co znajdzie ze złota.
Już go inny dopada i pięść w niego miota,
chcąc, co ten zabrał, wyrwać. Tam inny ktoś dyszy,
w ślepym szale bitewnym prze na towarzyszy,
chcąc ich bić choćby za nic; cios ciska po ciosie.
Wody ciągle przybywa, łódź tonie w chaosie.
Mała skra społeczeństwa nad wodnym pustkowiem
obróciła się wniwecz — świat stanął na głowie!
Poderwał się Tadeusz: musi stąd uchodzić,
nim go na dno pociągnie szał tonącej łodzi.
Szuka szabli – lecz woda sięga po kolana.
Potyka się o skrzynie, drewniane polana,
wszelkie sprzęty żeglarskie, ciężkie beczki rumu,
i chyli się od ciosów zgłupiałego tłumu.
Coś się błyszczy pod wodą! Sięga i pochwyca:
jakiś rapier, nie jego – co to za różnica!
Wyciąga go przed siebie, idzie jak po grudach
przez ten chaos – a woda sięga mu już uda.
Świeci ostrzem po twarzach grodzących mu drogę,
co ma efekt niezmierny: strwożoną załogę
ostry błysk nagiej broni przywraca do pionu.
I jak kiedyś uchodził Eneasz z Ilionu
otoczony pożarem i skrzącym popiołem,
tak oni otoczeni odmiennym żywiołem
uchodzą po kolei, raz dwa, ślad za śladem,
ku temu co niedawno wciąż było pokładem.
Tadeusz zaś, spełniwszy obowiązek bratni,
z wodą piersi dobiegłą, uchodzi ostatni.
Poemat Kościuszkowski, Księga I, 199-244.